niedziela, 4 lutego 2018

XLIV Na koniec świata i ... Do domu



- Czemu właściwie chodźcie boso?- Spytałem. Lecieliśmy samolotem. Tak było najwygodniej. Szkoda tylko, że Viki nie mogłem zabrać. Biedna się rozchorowała.
- Nie mieliśmy botów. Od małego chodziliśmy boso. Tak szczerze to mnie jest w butach niewygodnie.- Raju trzymał na kolanach głowę swojego brata, który postanowił sobie uciąć drzemkę.
- Teraz będziecie musieli się do nich przyzwyczaić. Tak jak do wielu innych rzeczy.- Odparłem.- Czy Mikiteru nie śpi za dużo? On chyba większość dnia śpi.
- A on tak ma. Śpioch z niego i tyle. Pamiętaj, że jesteśmy kotami, a koty przecież dużo śpią.- Pogłaskał braciszka po głowie.
- To, że się zmieniacie w koty nie znaczy, że nimi jesteście.- Sprostowałem.- Takie ciągłe spanie może nie być dobre. To może nawet być objaw jakiejś choroby. Ale i tak zostaniecie przebadani na miejscu, więc zwróć lekarzowi uwagę na to ciągle spanie.
- Wiesz... To może być coś, czego on sam się nauczył. Pamiętam, że od małego on tak dużo spał, ale kiedyś go zapytałem czy to przez to, że nasz ojciec nas traktował jak traktował on tak dużo śpi. Powiedział, że kiedy śpi jest w swoim świecie, w którym obaj jesteśmy szczęśliwi razem z mamą i nie dzieje nam się żadna krzywda. Myślę... Myślę, że on w ten sposób ucieka od rzeczywistości.
- To możliwe. Jako dziecko sam sobie stworzyłem taki świat gdzie jestem szczęśliwy razem z moimi przyjaciółmi z przytułku. To mi pomagało znieść warunki, w jakich żyliśmy. Oczywiście wyrosłem z tego w wieku dziesięciu lat, ale przyznam się, że czasem jeszcze tak uciekam, kiedy jestem naprawdę zastosowany. Mikiteru prawdopodobnie wymyślił sobie swój świat w tym samym celu tak jak mówisz. A biorąc pod uwagę jego traumę i jego naturalną wrażliwość podejrzewam, że może tak uciekać jeszcze. Może nigdy mu to nie przejdzie.
- Nawet, jeśli to mi to nie przeszkadza. Ale masz rację. Powiem lekarzom, że on tyle śpi.
Lot przebiegł bez przeszkód.  Mikiteru łaskawie się nawet obudził żeby zjeść, po czym wrócił do spania, dziadkowie braci zajmowali się sobą, bliźniaki siedziały za sterami, co mnie zaskoczyło, że potrafią prowadzić taką maszynę, a ja rozmawiałem z Raju był w moim wieku i okazało się, że mamy wspólny dzień urodzin. Pokazałem mu też kilka magicznych sztuczek i wyjaśniałem mu wszystko, co chciał wiedzieć. Okazał się być naprawdę zainteresowany światem i całkiem pojętnym, jeśli chodzi o naukę. Szybko nauczył się lewitować przedmioty, ale to nie było to, co robię ja i Yuuichi. My ,, dotykamy" umysłem to, co unosimy. To, co my robimy jest jakby przedłużeniem nas samych. Zwykła telekineza to po prostu przemieszczanie przedmiotów i nie jest naturalne, trzeba ciągle się skupiać na lewitowanym przedmiocie. My nie musimy o tym myśleć. Po prostu trzymamy umysłem i nie myślimy żeby trzymać.
Kiedy w końcu wylądowaliśmy, na lotnisku już czekała nasza podwózka w formie limuzyny. Ledwo zszedłem z ostatniego stopnia samolotowych schodków, kiedy drzwi limuzyny się otworzyły i wyskoczył z nich brat Viri.
- Anani!- Złapał mnie i mocno uścisnął. I chyba nie miał zamiaru puścić.- W końcu do nas przyjechałeś Anani!
- Ja też się cieszę Kejs, ale nie mów do mnie Anani, kiedy jesteśmy w przestrzeni publicznej. Nie jestem małym dzieckiem.
- Ale jesteś taki słodki i uroczy Anani... Aaa! Co za słodzik!- Skoczył do Mikiteru, który niepewnie wychylił się z wnętrza samolotu.
- Nie Kejs! Nie do...- Nie zdążyłem i Kejs złapał chłopca, który momentalnie zaczął płakać i to głośno. Kejs oczywiście zaraz go puścił.
- Ja mu nic nie zrobiłem! Naprawdę!
- Wiemy Kejs. Mikiteru ma traumę po tym, co mu robiono i boi się dotyku innych osób poza Riju i swoimi dziadkami.- Wyjaśniłem. Wzięliśmy całą ósemką do limuzyny i pojechaliśmy do pałacu. Po drodze Kejs cały czas przepraszał i było widać, że mu przykro. Oczywiście bracia nic nie rozumieli, ale na szczęście Kejs mówił po Asyrlijsku, więc dziadkowie mogli im tłumaczyć.
- Pierwsze, co to trzeba ich nauczyć języka.- Zwróciłem się do Kejsa w Avrinerijskim. Viri musiała i już się przyzwyczaiła do naszego języka, ale Kejs nie, więc na dłuższą metę i jemu i nam było niewygodnie tego słuchać. Jak już kiedyś wspominałem my szeleścimy, a Avrinerijski jest taki płynny bez ostrych dźwięków jak u nas.
- Masz rację. Wybacz, że to mówię, ale od tego waszego szeleszczenia głowa mnie boli.
- A pomyśl, że musiałbyś mówić po Bergalsku.
- Tylko nie ta kanciasta mowa!- Chłopak zrobił wielkie oczy. Zaśmiałem się.
- ,,Trzeba na nich uważać. Mimo że wywiozłem ich na drugi koniec świata to nadal może być ryzyko, że jednak coś się stanie. I potrzebują dużo kontaktu z innymi. Są jak zwierzątka całe życie trzymane w klatce. Muszą się przyzwyczaić do świata. A i południe żeby nosili buty. Przybyli do chodzenia na boso. I trzeba zbadać Mitsukiego. Za dużo śpi."- Przekazałem mu jeszcze myślowo i włączyłem się do rozmowy.
Kiedy dotarliśmy na miejsce wszyscy chętnie wysiedli z wyjątkiem Riju i Mikiteru.
- Co się dzieje chłopcy?- Spytał dziadek.
- Kiedy mieszkaliśmy w pałacu robiono nam krzywdę. Uciekliśmy i w domu nikt nas nie krzywdził. A teraz wracamy do pałacu.- Mikiteru wtulał się w starszego brata.
- Oh skarbie.- Babcia wzięła chłopca za rękę.- Tu nikt nie zrobi wam krzywdy. I my z działaniem będziemy przy was. Nie ma się, czego bać.- Chłopiec wziął ja za rękę i niepewnie wysiadł.
- Kyo!- Król powitał mnie na wejściu. Nie wyobrażam sobie żeby było w stanie wymowie całe moje imię.- Dobrze wyglądasz. Wszystkich bardzo zmartwiłeś na weselu, kiedy zasłabłeś.
- Tak wiem. Ale już mi lepiej. Byłem po prostu przemęczony. Ach właśnie. Przywiozłem Antefra.
- Nie trzeba było. Naprawdę.
- Wiem, ale chciałem. To moja pierwsza wizyta. Wypadałoby.- Podałem królowej kosz.- Wiem, że na pewno o wiele skromniejszy niż Antefra mojego brata, ale wyjazd był nagły i nie mogłem odpowiednio się wyszykować...
- Jest doskonale Kyo. Więcej nie trzeba.- Zostałem ucałowany w policzek, na co się zarumieniłem.
- Nie chcę przerywać, ale pilotowaliśmy samolot dwanaście godzin. Moglibyśmy dostać jakąś sypialnię.- Ataru, który tak jak pozostali cierpliwie czekał w końcu się odezwał. A Urata to nawet przysypiał mu na ramieniu.
-  Och oczywiście! Anani widzimy się wieczorem.- Kejs zabrał bliźniaków. Uroczo wyglądało, kiedy wziął ich obu za ręce.
- A to właśnie są Riju i Mikiteru oraz ich dziadkowie. Chłopcy mówią tylko po Bergalsku, ale dziadkowie płynnie znają Arsylijski, więc jest pośredni kontakt. Bracia są przyzwyczajeni do chodzenia na boso. A Mikiteru śpi za dużo. Przepraszam, że przywiozłem ich takich surowych, ale u nas nie byli by bezpieczni. Abys jest nieobliczalny. Tu będą bezpieczni. Dziękuję, że chcieliście ich wziąć.
- Dla was wszystko Kyo. A teraz proszę. Oprowadzę was.- Królowa zabrała rodzinę i zostałem z królem.
- Dobrze, że się wszystko ułożyło...- Powiedziałem cicho i zatoczyłem się.
- Kyo!- Król złapał mnie na czas.- Zupełnie jak brat.
W odpowiedzi uśmiechnąłem się delikatnie. Sam też potrzebowałem odpocząć. W Avineri spędziliśmy tydzień. Cała czwórka zaaklimatyzowała się i wyglądało na to, że będzie im dobrze. Kiedy wróciliśmy do domu ucieszyłem się z powrotu. Mogłem spotkać się z przyjaciółmi i Valejem. A przede wszystkim znowu byłem obok Yuuichiego. Niby tylko miesiąc, ale to jednak i tak za długo. No i Viri. Jeszcze nic nie było widać, ale mogłem łatwo wyczuć że coś się zmieniło. Jak tylko ją zobaczyłem przytuliłem ją czułe.
- Takimi?
- Tak. Na pewno.- Odpowiedziała ty swoim ciepłym głosem, w którym było tyle czułości.
- Obiecuję, że będę przy was.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz